Czy kiedykolwiek czułaś, że macierzyństwo to nieustanny bieg z przeszkodami, w którym nagrodą jest chroniczne zmęczenie? W świecie zachodnim slow motherhood to obecnie modny trend, o który musimy walczyć z kalendarzem w ręku. W Maroku zaś… to codzienność, która dzieje się niemal mimochodem między zapachem parzonej mięty a gwarem ulicy. Kiedy po raz pierwszy zderzyłam polską potrzebę kontroli z marokańskim insha’allah, nie wiedziałam że to właśnie tutaj odnajdę brakujący element układanki zwanej spokojem. A może nawet odnajdę na nowo radość macierzyństwa z moim dwulatkiem i niemowlakiem. Oto 5 lekcji prosto z serca Maghrebu, które zmieniły mój chaos w ułożony rytm, ucząc mnie jak być mamą obecną, a nie tylko znerwicowana i zajętą.
Wychowałam się w kulturze, gdzie “dobra mama” to ta zorganizowana mama. Niech pierwsza rzuci kamieniem, która nie słyszała, że grunt to organizacja wszystkiego.. Zatem powinniśmy mieć chyba w głowie precyzyjny arkusz Excela, mimo iż nikt chyba do końca nie ogarnia tego programu. Zbilansowane posiłki, czyste skarpetki, ciągłe stymulacje kreatywne, czytanie książeczek na wyciszenie, na przemian z zajęciami rozwijającymi sensorykę i motorykę. A przy okazji dom, który wygląda jak z katalogu, no i oczywiście Ty – zadbana, wypachniona i wypoczęta każdego dnia.
~ między kontrolą a wolnością: dlaczego Maroko?
Kiedy pierwszy raz natknęłam się na frazę #slowmotherhood poczułam ulgę, ale i ukuł mnie pewien paradoks. W naszej części świata powolne macierzyństwo stało się kolejnym projektem do zrealizowania i trendem. Kupujemy lniane ubranka, drewniane zabawki i czytamy poradniki o uważności, próbując desperacko wpleść słowo spokój w nasze (i tak już przeładowane) grafiki. To trochę jak próba medytacji podczas stania w korku. W teorii jest pięknie, a w rzeczywistości kolejny klakson samochodu szybko wybudzi nas ze snu. Wszystko jednak zmieniło się, gdy spojrzałam na macierzyństwo przez pryzmat marokańskiej codzienności.
W Maroku nikt nie wydaje manifestów o slow life. Tutaj nikt nie uczy się uważności na drogich kursach, ani nie wpaja w życie dziwnych rytuałów na wyciszenie. To wszystko jest tutaj wpisane w rytm dnia.
Można to odnaleźć w sposobie parzenia herbaty, w powolnym przygotowywaniu posiłków i różnych innych czynnościach. Także w tym jak traktuje się drugiego człowieka. Marokańską kultura to świat, w którym czas nie jest prostą linią. Nie jest linijką z kolejnymi centymetrami zadań, a raczej przestrzenią, która ma pomieścić nas wszystkich. Zwłaszcza tych najmniejszych i najważniejszych!

Oto jak marokańskie podejście do życia pomogło mi odczarować presję bycia mamą idealną i pokazało, że prawdziwe slow zaczyna się tam, gdzie kończy się potrzeba kontroli…
- Lekcja pierwsza: Magia insha’Allah, czyli pożegnanie z harmonogramem
Kiedy na świecie pojawiło się moje drugie dziecko, a starszak wkroczył w buntowniczy wiek dwóch lat, mój dom zaczął przypominać plac budowy na którym nikt nic niczego się nie trzyma. W Polsce bardzo mocno walczę o to, by nasze okna aktywności i rodzinne plany dnia były zorganizowane. Każde przesunięcie drzemki nie raz traktowałam jak osobistą porażkę, która rujnowała nam cały wieczór. I choć nigdy z zegarkiem w ręku nie wybudzałam synów do karmienia czy nie wołałam na dobranockę, to jednak.. względnie rutyna dnia była zachowana. W Maroku jednak już pierwszego dnia po przylocie usłyszałam magiczne insha’Allah. Dosłownie oznacza “jeśli Bóg pozwoli”, ale w macierzyństwie to nic innego jak – weź głęboki wydech i przyjmij do siebie fakt, że nie nad wszystkim masz kontrolę. Jednak to marokańskie podejście nauczyło mnie czegoś jeszcze: elastyczność wobec czasu nie może oznaczać przypadkowości wobec dziecka. Rezygnacja ze sztywnego harmonogramu daje przestrzeń na to, co dla mojego dwulatka jest najważniejsze. W świecie, gdzie obiad może się spóźnić, a spacer zmienia kierunek, moje słowo musi być niewzruszone. Jeśli mówię “teraz przewinę braciszka, a potem usiądę z Tobą do klocków”, to te klocki stają się moim najważniejszym punktem dnia. Wiesz.. w marokańskiej kulturze relacje są ponad planami. Można więc odpuścić punktualność, ale nie można złapać obietnicy. A małe dzieci rzucone przez nas słowa traktują bardzo poważnie. Dla nich świat jest tak bardzo zmienny, że moja dotrzymana obietnica staje się jedynym stałym i pewnym, a przez to bezpiecznym lądem. Insha’Allah to zgoda na to, że świat nie zawali się, jeśli naczynia poczekają w zalewie. To przesunięcie wielu rzeczy na bok, po to by zbudować naprawdę ważne relacje – w tym momencie z dzieckiem, które potrzebuje więcej uwagi. Slow motherhood to nie jest życie bez zasad. Mój dwulatek wie, że choć nasze dni bywają nieprzewidywalne, to mama zawsze robi to, co powiedziała. I myślę (mając wielką nadzieję), że to daje mu zdecydowanie większy spokój niż jakikolwiek sztywny grafik z rutynami dnia. - Lekcja druga: Twoja wioska nie musi być idealna, ale musi być obecna
Istnieje takie stare afrykańskie przysłowie: Potrzeba całej wioski, by wychować jedno dziecko”. W Europie często o tym marzymy, ale w rzeczywistości nasze wioski ograniczają się (w większości rodzin) do sporadycznych wizyt babci lub wynajętej niani. W Maroku ta wioska jest żywą, głośna i.. zawsze blisko! Jednak by z niej w pełni czerpać, trzeba najpierw zrobić coś bardzo trudnego. Mianowicie schować swoje ego do kieszeni. Kiedy pojawiły się dzieci, moją pierwszą odruchową reakcją był lęk przed oceną i niechęć do rad. Czy jeśli sąsiadka zobaczy mnie w dresie to pomyśli, że sobie nie radzę? Czy jeśli pozwolę cioci nakarmić mlekiem modyfikowanym mojego syna to stracę autorytet? A może, gdy raz zostawię niemowlę z ojcem, a wyjdę sobie na spacer że starszakiem to ktoś pomyśli, że zaniedbuję go? Generalnie.. większość takich myśli nachodziła mnie w burzy hormonalnej po połogu oraz podczas depresji poporodowej. I tak naprawdę, to dopiero marokańskie spojrzenie na macierzyństwo wyleczyło mnie w pełni z tej dumy, że ja wszystko muszę ogarniać. Zrozumiałam również, że rzucone gdzieś rady, nie zawsze są pstryczkiem w nos a często po prostu szczerym wyrazem pomocy. Tutaj drzwi są niemal zawsze otwarte. Pomoc nie jest jakąś akcją ratunkową, gdy pada się już nóg, a jest zwyczajnie częścią codzienności. To ta ciocia, która bez słowa bierze niemowlę na ręce, byś mogła w spokoju wypić ciepłą herbatę, wziąć prysznic oraz odespać. To ta sąsiadka, która zagaduje na ulicy dwulatka, kiedy Ty szukasz czegoś w torbie, a on z niecierpliwością chce ciągnąć Cię za spodnie by iść dalej. Slow motherhood w wydaniu marokańskim nauczyło mnie, że proszenie o pomoc i przyjmowanie jej to nie słabość, ale najwyższą formą dbania o rodzinę. Dla mojego dwulatka ta wioska to niesamowity poligon społeczny. Uczy się, że miłość i opieka nie płyną tylko od rodziców. Niemowlę zaś czuje spokój płynący z rąk innych kochających je osób. A ja uczę się jak odpuszczać perfekcjonizm. Moja wioska może nie zawsze robi wszystko dokładnie tak, jakbym ja to zrobiła. Może dadzą mu o jedno ciastko przed obiadem za dużo czy pozwolą biegać z pistoletem na wodę po ulicy oblewając przechodniów.. ale zdecydowanie ma tu coś, czego nie kupi się w żadnym sklepie. Poczucie przynależności i opiekę wspólnoty. Dzięki tej marokańskiej otwartości zrozumiałam też, że bycie w tym trybie slow mama, to posiadanie czasu na rozmowę z innymi dorosłymi. Bo kiedy dzieci są w bezpiecznych ramionach wioski, Ty możesz na chwilę znów być tą starą sobą. Wspólnota bowiem sprawia, że ciężar macierzyństwa rozkłada się na wiele barków, a Ty odzyskujesz energię, by cieszyć się swoimi dziećmi, zamiast po prostu przy nich (i dla nich) być. - Lekcja trzecia: Życie zamiast imitacji, dlaczego wyrzuciłam poradniki o sensoryce
W naszej zachodniej kulturze mam czasem wrażenie, że wpadłyśmy w pułapkę stymulowania rozwoju. Kupujemy dzieciom piękne, designerskie, drewniane kuchnie, by mogły bawić się w gotowanie. Kupujemy plastikowe warzywa na rzepy, by uczyły się je kroić. Wydajemy fortunę na zabawki, które mają imitować rzeczywistość, podczas gdy ta prawdziwa rzeczywistość dzieje się obok, za zamkniętymi drzwiami kuchni, do której dzieci często nie mają wstępu bo tam jest niebezpiecznie/nabrudzą/przeszkadzają. Marokańskie macierzyństwo wywraca to myślenie do góry nogami. Tutaj slow motherhood to nie jest zabawa w kucharza tylko bycie kucharzem razem z mamą. Kiedy przygotowuję tajine, mój toddler nie stoi obok przy swojej zabawkowej kuchence. On siedzi ze mną, obrywa kolendrę i myje w misce z wodą ziemniaki. Tak, jest bałagan. Tak, podłoga wymaga potem mycia. Ale w tym momencie dzieje się najprawdziwsza magia bliskości, której nie zastąpi żadna, nawet najdroższa zabawka Montessori. Zrozumiałam, że dzieci nie potrzebują przedmiotów, które udają życie. One potrzebują życia samego w sobie, a dzięki dopuszczaniu ich do prawdziwych czynności nie trzeba organizować im czasu tylko jest się razem naturalnie.. Mój syn umie rozbić jajka do miski, sprzątnąć dywan odkurzaczem i kocha myć lustra oraz szyby. Uczy się cierpliwości nie tylko na układankach, ale czekając, aż zagniecione wcześniej przez niego ciasto wyrośnie w piecu i zacznie pachnieć w całym domu. Niemowlę, zamiast tylko leżeć patrząc na grającą karuzelę nad łóżeczkiem, obserwuje z chusty jak sprzątam dom czy idę na zakupy. Zamiast szukać idealnych pomocy edukacyjnych, po prostu otwieramy przed dziećmi szafkę z garnkami. Rezygnując z imitacji na rzecz rzeczywistości, nie tylko oszczędzamy przestrzeń w domu, ale przede wszystkim budujemy w dzieciach poczucie, że są ważne i potrzebne w tym, co dzieje się tu i teraz. To właśnie jest ta lekcja – przestańmy organizować im czas „obok” nas, pozwólmy im żyć „z” nami. - Lekcja czwarta: Dziecko w sercu świata, a nie jako dodatek do życia
To chyba najbardziej uderzająca lekcja, jaką dało mi Maroko. Na Zachodzie coraz częściej spotykamy strefy „wolne od dzieci”. Rodzice z niemowlakiem w restauracji czy z żywiołowym dwulatkiem w urzędzie często czują na sobie karcące spojrzenia, jakby ich dzieci były błędem w systemie, który zakłóca porządek. To wyobcowanie sprawia, że zamykamy się w domach, a nasze macierzyństwo staje się samotne i stresujące. W Maroku zaś dziecko jest naturalną, nierozerwalną częścią społeczeństwa i tego dość mocno pilnuje mój mąż w Polsce. Tutaj nikt nie przewraca oczami, gdy dwulatek biega między stolikami w kawiarni, a niemowlę zapłacze w kolejce. Wręcz przeciwnie. Obcy ludzie uśmiechną się, zagadają, a kelner z radością weźmie malucha na ręce, byś mogła w spokoju zapłacić rachunek. W Maroku nie jesteś tylko mamą – jesteś kobietą z dziećmi, dla której świat jest zawsze otwarty. Ta akceptacja sprawiła, że przestałam czuć się nieswojo i zestresowana na każdym wyjściu, bo zaraz ktoś powie mi lub dzieciom coś umoralniającego. Moi synowie od najmłodszych lat uczą się bycia wśród ludzi, a nie w sterylnych strefach dla dzieci. Dzięki temu mój starszak czuje się ważny i widziany, a ja nie muszę wybierać między życiem towarzyskim a macierzyństwem. To poczucie wspólnoty i braku wykluczenia to najczystsza forma slow motherhood – bo nic tak nie zabiera spokoju, jak wieczne przepraszanie za to, że Twoje dzieci po prostu… są dziećmi. - Lekcja piąta: Schwiya, Schwiya – daj czasowi czas
Jeśli insha’Allah nauczyło mnie pokory wobec planów, to drugie marokańskie zawołanie schwiya, schwiya, stało się moją receptą na codzienny pośpiech. To krótkie powoli, pomalutku kryje w sobie mądrość, której my, mamy z Zachodu, desperacko potrzebujemy, by nie zwariować. W Polsce, niemal od momentu pojawienia się dwóch kresek na teście, wchodzimy w tryb porównywania. Czy już siedzi? Dlaczego jeszcze nie raczkuje? Czy niemal trzylatek powinien już znać kolory i umieć liczyć? Jesteśmy bombardowane tabelkami rozwoju, które sprawiają, że zamiast cieszyć się dzieckiem, czujemy wieczny niepokój. Ja tak bardzo go czułam, że w hormonach połogu po drugiej ciąży, uczepiłam się mojego dwulatka i ganiałam po lekarzach by sprawdzić czy wszystko idzie dobrze. I tutaj wchodzi to marokańskie podejście, które uczy, że każdy owoc dojrzewa we własnym tempie. Kiedy mój niemowlęcy synek nie spieszył się z pewnymi etapami, marokańskie kobiety z mojej wioski kwitowały moje obawy krótkim: schwiya, schwiya. To nie jest ignorancja, to głęboka wiara w to, że natura wie, co robi i nie da się jej pogonić. Ta postawa nauczyła mnie cierpliwości wobec indywidualności moich dzieci. Dzięki temu mój starszak nie czuje zbyt mocno na plecach oddechu moich ambicji. Nie musi być najszybszy i najmądrzejszy. Pozwalam mu cieszyć się jego dzieciństwo w takim tempie, jakiego on potrzebuje, a nie jakiego wymaga ode mnie presja otoczenia (choć tak, miło się słyszy w żłobku o jego postępach). Slow motherhood w Maroku to zrozumienie, że pośpiech jest największym wrogiem więzi. Kiedy przestajesz poganiać swoje dziecko (i siebie!), nagle zauważasz rzeczy, które wcześniej Ci umykały: fascynację syna mrówką maszerującą po murze czy spokój niemowlęcia, które po prostu patrzy w niebo. Schwiya, schwiya jest niczym dar wolności od bycia w nieustannym wyścigu. Bo ostatecznie, co z tego, że nasze dziecko coś osiągnie tydzień wcześniej, jeśli my po drodze stracimy radość z bycia razem?

W kraju, gdzie na wszystko mówi się insha’Allah (jeśli Bóg pozwoli), a każde spotkanie zaczyna się od pytania o zdrowie całej rodziny, zrozumiałam, że moje polskie muszę jest dziwną filozofią i wymysłem. Odkryłam, że to, co my w Europie próbujemy odtworzyć jako lifestylowy trend, w Maroku jest żywą, przekazywaną nadal z pokolenia na pokolenie mądrością i praktyką. Przestałam walczyć z czasem, a zaczęłam w nim po prostu być. I choć samo Maroko bywa głośne, chaotyczne i nieprzewidywalne, to właśnie w nim (paradoksalnie) odnalazłam najgłębszą ciszę i spokój.
