Pewnie szykując się do podróży nie raz było gdzieś o cudownym niebieskim mieści, które koniecznie trzeba w Maroku zobaczyć. Od lat zachwyca podróżników błękitnymi uliczkami i jest jednym z najczęściej fotografowanych miejsc w tym kraju. Mało kto jednak wie, że za tym spokojnym, pocztówkowym krajobrazem kryje się historia pełna wojen, ucieczek i religijnych podziałów. To właśnie ona sprawia, że na to niezwykłe miasto warto spojrzeć z zupełnie innej perspektywy. Zwłaszcza, że historia lubi się powtarzać, a dziś obserwuje ją z nieco innej perspektywy…
~ wielcy miłośnicy niebieskiej medyny
Wpisz w wyszukiwarkę hasło Chefchaouen a zobaczysz niemal wyłącznie błękit. Setki zdjęć przedstawiających niebieskie ściany, schody, drzwi i doniczki sprawiły, że miasto zyskało przydomek Błękitnej Perły Maroka i stało się obowiązkowym punktem wielu podróży. Sama również dałam się mu oczarować. Spacerując po medynie, co chwilę sięgałam po aparat, zachwycając się kolejnymi zaułkami, a jako fanka niebieskiego koloru szybko zakochałam się w portretach na ścianach tamtejszych domów. To jedno z tych miejsc, które wyglądają niemal nierealnie, jakby zostały stworzone wyłącznie po to, by dobrze prezentować się na zdjęciach.

Dopiero na trasie dalej, wracając do domu w Agadirze, zaczęłam zagłębiać się w historię Chefchaouen. I wtedy odkryłam coś, o czym rzadko wspominają przewodniki. Miasto, które dziś kojarzy się ze spokojem i otwartością, przez niemal czterysta lat pozostawało zamknięte dla chrześcijan. I to właśnie ta historia sprawiła, że zaczęłam patrzeć na niebieskie uliczki zupełnie inaczej. Bo za każdym zaułkiem kryje się opowieść nieco ciekawsza niż idealne kadry na Instagramie…
~ twierdza atrakcją turystyczną
Żeby zrozumieć, dlaczego przez stulecia chrześcijanie nie mogli swobodnie przekroczyć bram niebieskiego miasta, trzeba cofnąć się do końca XV wieku. To czas, gdy Morze Śródziemne nie było miejscem wakacyjnych podróży, lecz areną nieustannych konfliktów, walk o wpływy i religijnych napięć. Kiedy dziś stoisz na jednym z punktów widokowych i patrzysz na Chefchaouen wtulone w zbocza gór Rif, trudno uwierzyć, że o wyborze tego miejsca nie zdecydowały piękne krajobrazy. Niebieskich ścian jeszcze wtedy nie było. Nie było też turystów z aparatami ani kawiarni serwujących miętową herbatę z widokiem na medynę. Ale był za to strach.



Pod koniec XV wieku północne Maroko żyło w cieniu wydarzeń rozgrywających się po drugiej stronie Morza Śródziemnego. Portugalia od lat zdobywała kolejne miasta na afrykańskim wybrzeżu, a wieści o jej ekspansji docierały coraz dalej w głąb lądu. Zdobycie Ceuty (jeśli nie wiesz, to strategiczny port leżący zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od niebieskiego miasta) było jasnym sygnałem, że zagrożenie nie jest już odległą historią, ale czymś bardzo namacalnym. Dlatego w 1471 roku przez Alego ibn Raszida wysoko w górach zostało założone Chefchaouen. Nie jako miasto kupców ani miejsce spotkań różnych kultur, lecz jako twierdza. Góry miały chronić mieszkańców, wąskie uliczki utrudniać poruszanie się obcym, a położenie z dala od wybrzeża dawało czas na reakcję, gdyby wróg ruszył dalej na południe. Czy to był dobry ruch? Zapewne tak, bo niedługo później historia przyspieszyła jeszcze bardziej. W 1492 roku upadła Grenada, ostatnie muzułmańskie państwo na Półwyspie Iberyjskim. Zakończyła się rekonkwista, a tysiące muzułmanów i Żydów zostało zmuszonych do opuszczenia swoich europejskich domów. Wielu z nich przeprawiło się przez Cieśninę Gibraltarską i znalazło schronienie właśnie w północnym Maroku. Jednym z miejsc, które przyjmowało uchodźców, było właśnie Chefchaouen. Zmienił się znów charakter miasta. Z wojskowej twierdzy stało się ono również bezpiecznym schronieniem dla ludzi, którzy uciekali przed prześladowaniami (głównie religijnymi) i próbowali rozpocząć życie od nowa. Wraz z nimi do Chefchaouen trafiła andaluzyjska architektura, rzemiosło, kuchnia i tradycje, które do dziś są widoczne podczas spaceru po medynie. A także język – bowiem po hiszpańsku w tej części Maroka spokojnie się dogadasz.
Ale skoro Chefchaouen miało być bezpieczną przystanią to przed kim właściwie należało się chronić?
~ odizolowanie i zamknięcie
Z dzisiejszej perspektywy brzmi to niemal niewiarygodnie. Miasto, które dziś żyje z turystów, przez stulecia było dla części świata miejscem zakazanym. Chrześcijanin nie mógł po prostu wejść do Chefchaouen, wynająć pokoju i przejść się po medynie. Dla mieszkańców nie był neutralnym podróżnikiem. Był kimś, kto mógł przynieść ze sobą zagrożenie. Żeby to zrozumieć, trzeba pamiętać, że dla ludzi żyjących wtedy w górach Rif chrześcijańska Europa nie kojarzyła się z wakacjami, kulturą ani wymianą doświadczeń. Kojarzyła się z armiami Hiszpanii i Portugalii, z utratą Andaluzji, z ucieczką z własnych domów i portami na marokańskim wybrzeżu, które wpadały w ręce europejskich mocarstw. W takim świecie religia była nie tylko kwestią wiary. Była także znakiem politycznej przynależności i opresji.
Chefchaouen zamykało się więc stopniowo. Nie chodziło o jeden rozkaz, jakąś tam uliczkę, meczet czy bramę. Padła data i zamknięto cało miasto. To była raczej atmosfera oblężonego świata, który zupełnie się odciął. Miasto położone wysoko w górach, zbudowane jako twierdza i schronienie dla uchodźców z Andaluzji, nie miało powodu ufać przybyszom z tej samej Europy, przed którą jego mieszkańcy uciekali. Każdy obcy mógł zostać uznany za szpiega. Ktoś, kto przyglądał się murom, uliczkom i bramom, mógł nie być ciekawym podróżnikiem, lecz człowiekiem zbierającym informacje dla przyszłej wyprawy wojskowej. W ciasnej medynie, gdzie wszyscy znali wszystkich, obca twarz od razu rzucała się w oczy. Wystarczył inny strój, akcent albo sposób poruszania się, by wzbudzić podejrzenia. Z czasem izolacja stała się więc częścią tożsamości miasta. Chefchaouen było nie tylko miejscem ukrytym w górach, ale też miejscem świadomie odwróconym plecami do świata, który uznawano za niebezpieczny. Dla muzułmanów i Żydów wygnanych z Andaluzji był schronieniem, zaś dla chrześcijan z Europy przestrzenią zakazaną i nielegalną.
Dlatego nieliczni Europejczycy, którzy próbowali dostać się do Chefchaouen, robili to potajemnie. Nie przyjeżdżali jak turyści, ale jak ludzie wchodzący na zakazany teren. Ukrywali swoją tożsamość, przebierali się i liczyli na to, że nikt nie zada zbyt wielu pytań. Jak szpiedzy. W mieście, które przez wieki uczyło się nieufności, odkrycie prawdy mogło być dla nich śmiertelnie niebezpieczne. I właśnie w tym kryje się największy paradoks. Miejsce, które dziś kojarzy się z otwartością, spokojem i pocztówkowym pięknem, przez setki lat budowało swoje bezpieczeństwo w oparciu o izalację. Nie dlatego, że jego mieszkańcy bali się inności w abstrakcyjnym sensie, ale dlatego, że ta inność miała dla nich bardzo konkretne twarze: żołnierza, kolonizatora, szpiega, zdobywcy i… mordercy, który był chrześcijaninem.
~ stygmatyzacja religijna
Łatwo można powiedzieć, że Chefchaouen zamknęło swoje bramy przed chrześcijanami z powodów religijnych. Ale myślę, że to krzywdzące uproszczenie, bo choć religia miała ogromne znaczenie to nie była jedyną przyczyną tego co się stało. Wyznaczała tożsamość, wpływała na codzienne życie i bardzo często decydowała o tym, po której stronie konfliktu ktoś się znajdował. Ale w rzeczywistości nie chodziło wyłącznie o wiarę. Dla mieszkańców Chefchaouen chrześcijanin nie był przede wszystkim chrześcijaninem. Był przybyszem z państw, które jeszcze niedawno prowadziły wojny, zdobywały kolejne miasta i zmusiły tysiące ludzi do ucieczki z Andaluzji. Religia stała się więc symbolem czegoś znacznie większego jak bezpieczeństwo, polityka i walka o przetrwanie.
To zresztą schemat, który historia powtarza zaskakująco często. Ludzie rzadko boją się religii samej w sobie. Znacznie częściej boją się tego, co się z nią kojarzy bądź co nią wypacza. Czasem są to armie, terroryzm, migracje, a także wspomnienie dawnych krzywd. Wiara staje się wtedy etykietą, pod którą kryją się znacznie bardziej złożone emocje. Dlatego historia Chefchaouen wydała mi się tak fascynująca. Żyjemy w czasach, gdy w wielu europejskich krajach trwa dyskusja o migracji, islamie i bezpieczeństwie. Gdy w Polsce wielu krzyczy, że muzułmanin to zło wcielone. Jedni widzą w przybyszach szansę, inni zagrożenie. Niezależnie od tego, jakie kto ma poglądy, warto pamiętać, że pięćset lat temu bardzo podobne lęki istniały po drugiej stronie Morza Śródziemnego względem.. naszych przodków. Wtedy to mieszkańcy muzułmańskiego miasta bali się chrześcijańskiej Europy.
Historia nie powtarza się w identyczny sposób. Zmieniają się miejsca, religie, granice i bohaterowie. Ale ludzkie emocje, takie jak strach, potrzeba bezpieczeństwa i nieufność wobec nieznanego, pozostają zadziwiająco podobne. Może właśnie dlatego Chefchaouen jest czymś więcej niż jednym z najpiękniejszych miast Maroka? To miejsce przypomina, że role w historii nie są przypisane raz na zawsze. To, kto dziś czuje się bezpieczny, a kto szuka schronienia, potrafi zmienić się szybciej, niż jesteśmy skłonni uwierzyć.
~ czy warto tu przyjechać ?
Choć od tamtych wydarzeń minęło ponad pięćset lat, historia zamkniętego miasta wcale nie zniknęła. Jest ukryta w samym układzie Chefchaouen. Miasto nie powstało nad morzem ani przy ważnym szlaku handlowym. Zostało ukryte wysoko w górach Rif, gdzie przez wieki łatwiej było się bronić niż prowadzić handel. O samych górach Rif opowiem Ci jednak innym razem. Teraz wróćmy tu, gdzie spacerując po medynie, można poczuć niesamowity chłód i bliskość. Dziś chodzenie po tych wąskich i krętych uliczkach nadaje miastu wyjątkowy klimat, ale kiedyś miały również bardzo praktyczną funkcję – utrudniały poruszanie się obcym i dawały mieszkańcom przewagę, gdyby do miasta wtargnął nieproszony gość. W samym sercu medyny znajduje się także kasba, dawna twierdza i centrum obrony miasta. Dziś mieści się tu niewielkie muzeum i spokojny ogród, w którym turyści odpoczywają w cieniu drzew. Trudno uwierzyć, że to właśnie stąd przez stulecia strzeżono miasta, które świadomie odcinało się od świata.
Co ciekawe, współcześni mieszkańcy Chefchaouen nie żyją już tą historią na co dzień. Dziś miasto jest jednym z najbardziej gościnnych miejsc w Maroku. Co roku przyjeżdżają tu setki tysięcy turystów z całego świata, a dawniej zamknięte bramy zastąpiły otwarte pensjonaty, restauracje i kawiarnie. Paradoksalnie miejsce, które przez wieki chroniło się przed obcymi, dziś żyje właśnie dzięki nim, a może po prostu razem z nimi. I chyba dlatego warto odwiedzić Chefchaouen nie tylko dla jego kolorów (choć tak, gwarantuje Ci, że ten niebieski jest obłędny!). Bo kiedy poznasz historię tego miasta, niebieskie uliczki przestają być jedynie pięknym tłem do zdjęć. Zaczynasz dostrzegać miejsce stworzone przez ludzi, którzy uciekali i szukali siebie na nowo przez stulecia żyjąc w przekonaniu, że zamknięte bramy są jedynym sposobem na przetrwanie.
To właśnie takie historie sprawiają, że podróże zostają z nami na dłużej niż fotografie. A skoro o zdjęciach mowa… jest jeszcze jedna rzecz, która może Cię zaskoczyć. Powszechnie uważa się, że Chefchaouen od zawsze było niebieskim miastem. Tymczasem przez większą część swojej historii wcale takie nie było. Niezły plot twist, prawda.. Skąd więc wzięły się charakterystyczne błękitne ściany? Czy naprawdę pomalowali je żydowscy uchodźcy? Czy mają ostraszać komary? O tym opowiem w kolejnym artykule, w którym pokażę Ci również najciekawsze miejsca w Chefchaouen, najlepsze punkty widokowe i atrakcje, których nie warto przegapić podczas wizyty w Błękitnej Perle Maroka.
